W koncu moge pisac na normalnej klawiaturze. Niestety bez polskich znakow, wiec tym razem wybacz drogi czytelniku ta niedogodnosc. Po przejechaniu ponad 2100 km, odwiedzeniu kilku stanow meksykanskich (Yukatan, Quintana Roo, Tabasco i Chiapas), konczy sie etap „Jukatan”. Po odwiedzeniu kilku starozytnych miast Majow, ktore mialy rozny charakter, czas na poznanie zupelnie innej grupy plemion indianskich zamieszkujacych obecny Meksyk. Ale o tym za chwile. Wrocmy na chwile do Majow. Chcialbym pokazac Ci drogi czytelniku pewne roznice w charakterze budownictwa miast w roznych czesciach Jukatanu. Plemie zyjace na danym obszarze mialo (i ma) swoj charakterystyczny jezyk. Roznice miedzy poszczegolnymi jezykami sa tego rzedu co roznice miedzy jezykami w Europie. Co do architektury to rozni sie ona niecow zaleznosci od topografii terenu, dostepnosci materialow, wielkosci miasta itd. Cecha charakterystyczna wiekszosci miast Majow jest strzelistosc budowli swiatynnych (oczywiscie na tyle na ile pozwala owczesna technika). Znakiem rozpoznawczym sa gorojace nad miastami piramidalne swiatynie.
Plemiona te bardzo lubily schody – coz, niski wzrost powoduje czasem manie wielkosci 😉
…i place kolumnowe.
Oczywiscie fragmenty miast zaszyte w lesie rownikowym, nie bedace swiatynia lub palacem, nie sa tak okazale.
W wielu lepiej zachowanych miejscach widac skomplikowane plaskorzezby zdobiace kamienne mury badz stele. To wlasnie jedna z takich rzezb, nazwana „kalendarzem Majow”, wywolala w 2012 roku niemala sensacje. Odczytano, ze kalendarz konczy sie wlasnie na tym roku, co uznano za przepowiednie konca swiata. Dla mnie bardziej prawdopodobna jest wersja:
– ej, stary! Skonczyl mi sie kamien…
+ na jakim roku?
– 2012…
+ eee to spoko. i tak juz nikt z nas nie bedzie zyl…
Jak widac ich tematyka jest rozna. Sa to legendy, bostwa, wazne wydarzenia itd.
Budowle ozdabiane sa rzezbami wzorowanymi na swiecie zwierzat i roslin.
Wazny byl rowniez dostep do wody.
Opuszczam piekny i urzekajacy Jukatan. Czas ruszac w dalsza droge. Lokalnymi liniami lece do Mexico City. Poruszam sie na zachod – w kierunku terenow zamieszkiwanych przez zupelnie inne plemie. Aztekowie sa i byli plemieniem poslugujacym sie jezykiem z rodziny uto-azteckiej. Sami siebie czasem nazywali Mexica – stad nazwa Meksyk. Mieli oni przybyc z krainy Aztlán. Zaciekawiony ich historia ruszam w kierunku miasta San Juan. Niedaleko niego znajduja sie ruiny miasta Teotihuacan.
Znajduje sie ono wg moich pomiarow na wysokosci ok. 2300m. Najwyzsza piramida, jak wskazuje moj lokalizator GPS, ma ok. 60 m. Jest to plaskowyz. Jest sucho, goraco i czuje sie jak na pustyni. Nie towarzysza mi tu malpy, jaguary, pumy, iguany i te wszystkie zwierzeta, ktore widzialem lub slyszalem na Jukatanie. Dookola jedynie kaktusy. Chcac jednemu z nich zrobic zdjecie podchodze blizej. Zachwialem sie na kawalku luznej skaly i wierzchem dloni otarlem o ostre kolce. Czesc z nich zostala w skorze. Jak sie pozniej okaze nie skonczy sie na chwilowym bolu.
Dalej w najlepsze penetruje ruiny, gadam z indianami (na tyle na ile pozwala mi mieszanka angielskiego i hiszpanskiego, ktorego zaczalem sie uczyc z „rozmowek” w samolocie). Czuje w poklutej dloni dziwne mrowienie. Przeradza sie ono w dretwienie. Za pare godzin nie czuje dloni. Jak tylko znajduje nocleg, zaraz wkladam reke pod zimna wode i smaruje mascia antyhistaminowa. Rano wciaz czuje odretwienie, ale z kazda godzina jest coraz lepiej. Uff…







































































































































































































































































































































































































































































































